Zaręczyny
Pewnego dnia Michał zadzwonił do mnie i zapytał się czy bym się z nim nie przeszała na spacer. Z chęcią się zgodziłam. Umówiliśmy się pod starym dębem – w połowie drogi między naszymi domami – tam gdzie zawsze się umawialiśmy. Gdy doszłam na miejsce Michała jeszcze nie było, zdziwiłam się lekko, bo to zwykle on na mnie czekał. No ale muszę przyznać, że szybko to sobie zracjonalizowałam i jakoś wytłumaczyłam. Po paru minutach zobaczyłam, że przejeżdża naprawdę piękna dorożka z woźnicą- a tam Michał. Zdumiona niespodzianką zezwoliłam sobie pomóc podczas wsiadania. Pojechaliśmy nad odrę. Wiedziałam, że coś się święci, myślałam jednak, że to rekompensata Michała za focha jakim mnie obdarzył kilka dni wcześniej. Może po prostu bałam się myśleć o tym jaki naprawdę jest tego cel. Na ławce obok, której przechodziliśmy leżał ogromny bukiet polnych kwiatów. Michał zaśmiał się i powiedział, że pewnie ktoś zostawił. Pobiegł po niego, wracając uklękną i się zapytał czy wyjdę za niego. Oczywiście jak w takich momentach bywa odjęło mi mowę, zabrakło mi słów więc po pokiwałam głową. I wtedy jak z pełnego naczynia wylało się morze łez szczęścia z moich oczu.